Cuda, dziwy i wybryki 2009-10-20 14:22:21

Jestem jakimś chodzącym wybrykiem natury. I widać nic tego nie zmieni. Próbując porządkować swoje sprawy założyłam, że do pełni wewnętrznego spokoju potrzebne jest pielęgnowanie pozytywnego nastawienia. A że zawsze miałam poważne jego braki, to musiałam strzelić w samą siebie wielkim ładunkiem myśli pozytywnych i na swój sposób motywujących do działania. Nawet miałam wrażenie, że pojawiają się właściwie efekty. Stare znajomości odżyły, a ja zaczęłam wytępiać z siebie tę nieznośną marudę, która wiecznie narzekała na swój los, z jednej strony próbując sobie za wszelką cenę pomóc, z drugiej nie potrafiąc poprosić o dłoń, która wyciągnęłaby mnie z bagna, w które coraz głębiej się zapadałam. A teraz kiedy wydawało mi się, że jest dobrze... że jest naprawdę dobrze, dowiedziałam się, że nie można ze mną utrzymywać kontaktu. Wiem, że utrzymywanie znajomości na odległość to ciężka sprawa zwłaszcza, że z całego serca chciałoby się choć przez chwilę porozmawiać z kimś twarzą w twarz. Okazuje się jednak, że moja pisanina i wszystko, co chciałabym komuś pokazać, jest zbyt... idealne. I zemściło się na mnie wielkie idealizowanie świata, na którym żyją sami dobrzy ludzie, zło jest tematem marginalnym bo jesteśmy silniejsi i nie poddajemy się jego wpływom. Czuję się paskudnie... Zaczynam myśleć o sobie jak o jakimś chodzącym dziwactwie, które z nadmiaru myślenia, wprowadza tylko chaos w życiu innych. Z biegiem czasu natykam się na coraz bardziej wartościowych ludzi, którzy mają coś do powiedzenia i których mogłabym słuchać godzinami. Mamy wokół siebie pewne grona znajomych, wśród których rządzą pewne konkretne tematy. Są przyjaciele, znajomi ze studiów, współlokatorzy, koledzy z czasów szkolnych, osoby poznane na spotkaniach, konferencjach, imprezach studenckich czy choćby te poznane w internecie - wielkim, nieprzemierzonym przez nikogo w całości worku bez dna. A ja zaczynam odnosić wrażenie, że ten worek jednak ma dno. Podwójne. Wczoraj wydawało mi się, że boleśnie doświadczyłam upadku na pierwsze. Dziś okazuje się, że zrobiłam w nim dziurę i dzięki swemu boskiemu "szczęściu" już zdążyłam w nią wpaść. A teraz nie potrafię sobie znaleźć miejsca, bo zaczynam się panicznie bać, że tak już będzie. Brak wyrozumiałości dla mojego punktu widzenia sprowadzi się do tego, że niektórzy się odwrócą. Nie rozumiem. Nie rozumiem! Czuję gorąco na skórze, słonie i stopy jak zwykle są lodowate, głowa niemiłosiernie boli, a na sercu ciąży mi kamień, którego siła zaczyna mnie paraliżować. I co teraz... Zamknąć się w domu i nie dawać nikomu powodów do tego, by cierpiał? To po co zostałam stworzona, skoro nie mogę dać szczęścia, promieni słońca, ciepłych uśmiechów? Przecież to jeszcze może kogoś zaboleć. A ja nie chcę więcej ofiar na swoim koncie. Bo to boli. Choć nie wiem kogo bardziej...

skomentuj (1)

Zmiany. 2009-09-12 15:14:25

I wracamy. Ale nie do punktu wyjścia. Zderzenie z nowymi wydarzeniami rzuciły nowe światło na całe moje życie. Właściwie to nie tylko moje. Po krótce - sesja jeszcze się nie skończyła. Mam nadzieję, że to tylko kwestia czasu. A jednak zadręczam się świadomością, że tak łatwo nie będzie. Dlatego temat studiów nadal znajduje się na liście "spraw niedokończonych". Wakacje upłynęły pod znakiem ukochanej Francji i tak długo wyczekiwanych spacerów zawiłymi uliczkami Paryża. Stało się coś jeszcze, co sprawiło, że te wakacje określę jednym słowem - "niezapomniane". T. uklęknął przede mną i niczym rycerz w lśniącej zbroi zapytał, czy zostanę damą jego życia. Przez łzy zdążyłam wyszeptać ciche "TAK" i już po chwili wylądowałam w jego silnych ramionach... A teraz? Po ucieczce w domu znalazłam się w mieszkaniu T. W przyszłym tygodniu wszystkie rupiecie, bez których nie wyobrażam sobie dalszego funkcjonowania, znajdą się właśnie tutaj. Przeprowadzka to kolejny krok. I kolejna zmiana. Dużo tego jak na trzy miesiące, ale... Powiedziałam "A", a teraz chcę wykrzyczeć radośnie "B" i zacząć układać to tak jak trzeba. 
Teraz siedzę wygodnie na podłodze i spoglądam na fruwające nad moją glową notatki. Kubek po kolejnej kawie pustoszeje, a ja zamiast przebłysków intelektualnych, mam coraz więcej dziur w pamięci. Nastąpił kryzys wieku średniego, który mam zamiar szybko pokonać. Ale czy każde "chcieć" to "móc"? Temu blogowi też przydałoby się jakieś odświeżenie. Szkoda, że nie można zrobić tego tak szybko jak w przypadku zawieszonej strony www. Jedno kliknięcie i... gotowe! Wystarczy, że facebook marnuje zbyt wiele mojego czasu, trzeba się odizolować od tego cholerstwa, bo skończy się uzależnieniem. Gdyby nie to, że trzy godziny temu wylegiwałam się w wannie w celu pozbierania myśli, teraz zrobiłabym to samo. Ale skończy się kiedy zobaczę paskudnie pomarszczoną skórę na paluszkach, które przecież nie są jeszcze takie sędziwe! Chociaż przy tym calym kryzysie wieku średniego może występują już objawy uboczne. 
Przypomniał mi się teraz fragment pewnej rozmowy na temat "inności". Z szybkiego przepływu informacji wyłoniło się kilka słów, które dały mi do myślenia. Pozytywne inności zazwyczaj intrygują najbardziej. Jesteśmy "tylko" i "aż" ludźmi, a to czego nie znamy, wywołuje dreszcz niepokoju ale i podniecenia. Ot taka nasza natura. Nurtuje nas nie to, co leży przed nami, ale to, co ukryte jest w ciemnościach, co musimy znaleźć, czego się domyślać. A ja zaczynam czuć się jak istota skryta w owych ciemnych zakamarkach. Nie wiem czy chcę stamtąd wychodzić. Dobrze jest oswoić się z samym sobą, ale czy warto izolować się od reszty świata? Za jaką cenę? Zapomnienia przez innych? Chyba muszę wskoczyć tam, skąd jeszcze niedawno za wszelką cenę chciałam uciec. Co nie oznacza, że muszę rezygnować z chwil, w których puste mieszkanie prowokuje do długich kąpieli, tańca w rytm ulubionej muzyki czy biegania po pokoju w ubraniu składającym się z piany. Na głowie. Ot małe wielkie przyjemności. Jeszcze coś - dziś nie gotuję obiadu. Bo dla kogo? Muszę przywieźć do siebie Bąbla, bo stęskniłam się za nim. Nie mam kogo tarmosić po futerku...

skomentuj (0)

Oda do kawy. 2009-06-26 12:19:32

Siedzenie w bufecie sprzyja rozwojowi intelektualnemu... czasami. Chyba że ma się dobre towarzystwo, smakowitą kawkę, która znika wręcz w eskpresowym tempie, a notatki jak zostały rzucone na stolik, tak leżą... aż do wyjścia. I tak za każdym razem. Mały słodki rytuał, który chciałabym kontynuować aż do późnych godzin nocnych. Szkoda, że bufet jest otwarty tylko do 16. Parę minut przed zamknięciem zawsze czuję pewien niedosyt. Mogłabym tu zostać, napawać się lekką nutą samotności i wpatrywać się w otaczające mnie rzędy stolików, przy których co jakiś czas ktoś usiądzie. Ale tylko na chwilkę. Bo po kilkunastu minutach po takiej osobie pozostaje tylko zagrzane krzesło i puste talerze. Miło czasem pobawić się w obserwatora. Tak jak zwykle. Może niekoniecznie chodzi o to, by komuś zaglądać do talerza ;) Ale przyglądanie się innym ma swój urok. Wnika się w pozornie nieprzenikalną intymność drugiej osoby. Dzieląca nas odległość nie jest murem nie do przekroczenia. Wręcz przeciwnie. To tylko szklana szyba, przez którą wszystko widać. Może nawet wyraźniej niż zwykle. Można dojrzeć filiżankę świeżo zaparzonej kawy, znad której ulatnia się przyjemny aromat brazylijskich zbóż. Delikatność dłoni, sprawnie wsypujących cukier do pobudzającego płynu. I ta chwila, w której sypka słodycz zostaje pochłonięta siłą czarnego szatana. Zupełnie jakby bezbronna ofiara została wciągnięta przez ruchome piaski na pustyni. Niebezpiecznie, a jednak... słodko. A ja znów to robię. Przyglądam się pewnemu panu, siedzącemu nieopodal. Próbuję się skupić na pracy, a jednak chwilami wzrok ucieka i przygląda się bezwstydnie tej niepokornej filiżance kawy. Moja stoi już pusta. Może jednak dać sobie odrobinę tej ostrej słodyczy? Wiem, że mi nie wolno. Nie powinnam. Naprawdę... nie powinnam! Ale bym chciała i już, o! ;)
A moi panowi robotnicy nadal w akcji. Smętny wzrok przy pracy zamienia się w istne kurwiki, kiedy ucinamy sobie pogawędki w przelocie. Obiecali pomalować mi parapet i nie to, że moja miłość do nich stygnie, ale... jeśli mi go nie pomalują to zabiorę sobie pędzle i farbę spod mojej klatki, pożyczę drabinkę, bo natura wzrostu troszkę mi poskąpiła i... sama sobie pomaluję. Przecież umiem ;) Ale co tam robotnicy! Właśnie dostałam kubek gorącej czekolady! Normalnie dałabym się pokroić za coś tak boskiego... Wcześniej co prawda nie byłam świadoma mojego wewnętrznego pragnienia czekoladki, ale teraz... tak, teraz myślę, że w podświadomości bardzo mi się jej chciało! ;) Boska... Lekko słodkawa, dumnie parująca z kubeczka, kusząca swoją ciemną pianką i... już zdążyła mi poparzyć język ;> Ale czasem trzeba pocierpieć dla rozkoszy z wyższej półki, prawda? Pozostaje mi tylko wydać z siebie cichutkie "mmm...".



skomentuj (1)





dodaj zobacz

Bezwstydnie podglądam
Tadiem Przerwa na kawę
Matka Siła przyciągania
Jotes Nuta czystego sentymentu
Brąz i krem Bratersko siostrzana miłość
Tarquin
Nie-codzienna
Sprawunki
Ambientowy
Dwa + dwa i pies I wszystko jasne
Łoszak Przyjaciel
Scarabee Podróż bez granic


2009
październik
wrzesień
czerwiec
maj
kwiecień
2008
grudzień
listopad




ˆniedziela blog.pl
photo by da