Jestem jakimś chodzącym wybrykiem natury. I widać nic tego nie zmieni. Próbując porządkować swoje sprawy założyłam, że do pełni wewnętrznego spokoju potrzebne jest pielęgnowanie pozytywnego nastawienia. A że zawsze miałam poważne jego braki, to musiałam strzelić w samą siebie wielkim ładunkiem myśli pozytywnych i na swój sposób motywujących do działania. Nawet miałam wrażenie, że pojawiają się właściwie efekty. Stare znajomości odżyły, a ja zaczęłam wytępiać z siebie tę nieznośną marudę, która wiecznie narzekała na swój los, z jednej strony próbując sobie za wszelką cenę pomóc, z drugiej nie potrafiąc poprosić o dłoń, która wyciągnęłaby mnie z bagna, w które coraz głębiej się zapadałam. A teraz kiedy wydawało mi się, że jest dobrze... że jest naprawdę dobrze, dowiedziałam się, że nie można ze mną utrzymywać kontaktu. Wiem, że utrzymywanie znajomości na odległość to ciężka sprawa zwłaszcza, że z całego serca chciałoby się choć przez chwilę porozmawiać z kimś twarzą w twarz. Okazuje się jednak, że moja pisanina i wszystko, co chciałabym komuś pokazać, jest zbyt... idealne. I zemściło się na mnie wielkie idealizowanie świata, na którym żyją sami dobrzy ludzie, zło jest tematem marginalnym bo jesteśmy silniejsi i nie poddajemy się jego wpływom. Czuję się paskudnie... Zaczynam myśleć o sobie jak o jakimś chodzącym dziwactwie, które z nadmiaru myślenia, wprowadza tylko chaos w życiu innych. Z biegiem czasu natykam się na coraz bardziej wartościowych ludzi, którzy mają coś do powiedzenia i których mogłabym słuchać godzinami. Mamy wokół siebie pewne grona znajomych, wśród których rządzą pewne konkretne tematy. Są przyjaciele, znajomi ze studiów, współlokatorzy, koledzy z czasów szkolnych, osoby poznane na spotkaniach, konferencjach, imprezach studenckich czy choćby te poznane w internecie - wielkim, nieprzemierzonym przez nikogo w całości worku bez dna. A ja zaczynam odnosić wrażenie, że ten worek jednak ma dno. Podwójne. Wczoraj wydawało mi się, że boleśnie doświadczyłam upadku na pierwsze. Dziś okazuje się, że zrobiłam w nim dziurę i dzięki swemu boskiemu "szczęściu" już zdążyłam w nią wpaść. A teraz nie potrafię sobie znaleźć miejsca, bo zaczynam się panicznie bać, że tak już będzie. Brak wyrozumiałości dla mojego punktu widzenia sprowadzi się do tego, że niektórzy się odwrócą. Nie rozumiem. Nie rozumiem! Czuję gorąco na skórze, słonie i stopy jak zwykle są lodowate, głowa niemiłosiernie boli, a na sercu ciąży mi kamień, którego siła zaczyna mnie paraliżować. I co teraz... Zamknąć się w domu i nie dawać nikomu powodów do tego, by cierpiał? To po co zostałam stworzona, skoro nie mogę dać szczęścia, promieni słońca, ciepłych uśmiechów? Przecież to jeszcze może kogoś zaboleć. A ja nie chcę więcej ofiar na swoim koncie. Bo to boli. Choć nie wiem kogo bardziej...
skomentuj (1)
Siedzenie w bufecie sprzyja rozwojowi intelektualnemu... czasami. Chyba że ma się dobre towarzystwo, smakowitą kawkę, która znika wręcz w eskpresowym tempie, a notatki jak zostały rzucone na stolik, tak leżą... aż do wyjścia. I tak za każdym razem. Mały słodki rytuał, który chciałabym kontynuować aż do późnych godzin nocnych. Szkoda, że bufet jest otwarty tylko do 16. Parę minut przed zamknięciem zawsze czuję pewien niedosyt. Mogłabym tu zostać, napawać się lekką nutą samotności i wpatrywać się w otaczające mnie rzędy stolików, przy których co jakiś czas ktoś usiądzie. Ale tylko na chwilkę. Bo po kilkunastu minutach po takiej osobie pozostaje tylko zagrzane krzesło i puste talerze. Miło czasem pobawić się w obserwatora. Tak jak zwykle. Może niekoniecznie chodzi o to, by komuś zaglądać do talerza ;) Ale przyglądanie się innym ma swój urok. Wnika się w pozornie nieprzenikalną intymność drugiej osoby. Dzieląca nas odległość nie jest murem nie do przekroczenia. Wręcz przeciwnie. To tylko szklana szyba, przez którą wszystko widać. Może nawet wyraźniej niż zwykle. Można dojrzeć filiżankę świeżo zaparzonej kawy, znad której ulatnia się przyjemny aromat brazylijskich zbóż. Delikatność dłoni, sprawnie wsypujących cukier do pobudzającego płynu. I ta chwila, w której sypka słodycz zostaje pochłonięta siłą czarnego szatana. Zupełnie jakby bezbronna ofiara została wciągnięta przez ruchome piaski na pustyni. Niebezpiecznie, a jednak... słodko. A ja znów to robię. Przyglądam się pewnemu panu, siedzącemu nieopodal. Próbuję się skupić na pracy, a jednak chwilami wzrok ucieka i przygląda się bezwstydnie tej niepokornej filiżance kawy. Moja stoi już pusta. Może jednak dać sobie odrobinę tej ostrej słodyczy? Wiem, że mi nie wolno. Nie powinnam. Naprawdę... nie powinnam! Ale bym chciała i już, o! ;)
A moi panowi robotnicy nadal w akcji. Smętny wzrok przy pracy zamienia się w istne kurwiki, kiedy ucinamy sobie pogawędki w przelocie. Obiecali pomalować mi parapet i nie to, że moja miłość do nich stygnie, ale... jeśli mi go nie pomalują to zabiorę sobie pędzle i farbę spod mojej klatki, pożyczę drabinkę, bo natura wzrostu troszkę mi poskąpiła i... sama sobie pomaluję. Przecież umiem ;) Ale co tam robotnicy! Właśnie dostałam kubek gorącej czekolady! Normalnie dałabym się pokroić za coś tak boskiego... Wcześniej co prawda nie byłam świadoma mojego wewnętrznego pragnienia czekoladki, ale teraz... tak, teraz myślę, że w podświadomości bardzo mi się jej chciało! ;) Boska... Lekko słodkawa, dumnie parująca z kubeczka, kusząca swoją ciemną pianką i... już zdążyła mi poparzyć język ;> Ale czasem trzeba pocierpieć dla rozkoszy z wyższej półki, prawda? Pozostaje mi tylko wydać z siebie cichutkie "mmm...".